... story never told before.
Mateo

Jeśli czytaliście wywiad z Mateo Saco w numerze drugim naszego kiblowca, zwróciliście uwagę na historię z zagubionym aparatem. Już czas, żeby historia i zdjęcia ujrzały światło dzienne.

Dawno, dawno temu, z punktu widzenia otoczaka nie aż tak dawno jednak, wybrałem się z moim druhem Mateo zza siedmiu gór wysokich i kilku jezior głębokich na kwietniową wyprawę surfingową nad Morze bałtyckie, żeby spełniło się jego jedno z marzeń.

Surfing po tafli Bałtyku.

Zabrałem ze sobą 2 klisze 400, 35mm i chyba najchujowszy, podwodny aparat analogowy jaki widziały chińskie oczy. Tak zaopatrzeni pojechaliśmy gonić północno zachodni swell.

If you read the interview with Mateo Saco in the second issue of our zine, you paid attention to the story of the lost camera. It’s time for history and photos to come to light.

Long, long time ago, from the point of view of the pebble stone not so long ago. However, I went with my friend Mateo from over the seven jewelled hills and several deep lakes, for an April surfing trip to the Baltic Sea to make one of his dreams come true.

Surfing the Baltic Sea.

I took with me two 400/35mm film and probably the worst underwater analog camera that Chinese eyes ever saw. So stocked, we went to chase the North West Swell.

Nasza podróż kończyła się w Kołobrzegu. Tam spotkaliśmy naszego berlińskiego druha Hannesa i Tomasza z Poznania, z którymi dzieliliśmy wiatrowe, metrowe, płaskie fale na palikowym lineup plaży centralnej. Chłopaki poszli coś rzeźbić na oferowanym przez bąki Odyna gównie, a ja zostawiłem deskę, przy wyrzuconej na plażę kłodzie, leżącej dokładnie na przeciwko miejsca, w którym mielizna tworzyła równy, mizerny A-frame. Pochwyciłem kliszowy Snap Sights! z obiektywem 28mm z prawieprofesjonalną lecz o dziwo szczelną, plastikową obudową podwodną i wbiegłem za nimi. Lewitowałem między nimi maksymalnie z 30 minut, dłonie mi przemarzły jak cholera bo miałem na sobie, śliskie, dwumilimetrowe, badziewne rękawiczki Mateo, który na czas surfingu wziął moje 5-cio milimetrowe. Żal mi go było, woda była naprawdę zimna, a jego kombinezon nie dość, że był za mały, ciepły nie był wcale. Wypstrykałem wszystkie, pozostałe 31 klatek na kilka złapanych przez kooksów fal. Wyszedłem po deskę, żeby jeszcze kilka fal samemu popłynąć, a wspomniany wcześniej aparacik przywiązałem do jednej z gałęzi, wspomnianej wcześniej kłody. Z jednej strony nie było to mądre, z drugiej pomyślałem, że w dobie wysokiej jakości kamer montowanych w telefonach komórkowych, komu będzie potrzebny, chujowy, analogowy, plastikowy aparacik. Gdy fale zniknęły zupełnie, poszedłem po aparat.

A jednak.

Komuś się przydał, bo go nie było. Pomyślałem, że zabrał go Mateo, który wychodził wcześniej. Jak się okazało na parkingu, Mateo go nie brał, nie wiedział nawet, że go tam zostawiłem. Rozebraliśmy się z ogumienia, ubraliśmy suche rzeczy i ruszyliśmy na poszukiwanie magicznego rejestratora chwil. Przeszliśmy plażą po kilkaset metrów wzdłuż i wszerz, sprawdziliśmy kosze na śmieci rozstawione przy plaży jak i te umieszczone przy promenadzie. Szukając aparatu, miałem nadzieję, że bawiące się przy pniu dzieci, które widziałem z wody, wzięły aparacik ze sobą, a gdy ich rodzice zorientowali się, że mają go ze sobą, zostawią go na plaży. Poszukiwania zakończyły się niestety fiaskiem. Smutny z powodu utraconego materiału, bardziej niż samej kamery, wróciłem do Poznania. Droga powrotna była wesoła więc mój frasunek złagodniał. Powrócił jednak, gdy zacząłem w domu przeglądać inne zdjęcia z tego kilkudniowego wypadu. 

Our journey ended in Kołobrzeg. There we met our Berlin friend Hannes and Tomasz from Poznań, with whom we shared wind, meter, flat waves on the lineup of the central beach. The guys went to carve something on shit offered by Odin’s farts. I left the board next to a log thrown on the beach, lying directly opposite where the sandbank formed sleek, miserable A-frame. I grabbed a Snap Sights! camera with a 28mm lens and an almost professional but surprisingly hermetic, plastic, underwater box and I ran after them. I levitated between them for a maximum of 30 minutes, my hands got cold as hell because I was wearing slippery, two-millimeter crap gloves cause I gave to Mateo, mine 5 millimeter while surfing. I felt sorry for him, the water was really cold, and his wetsuit was not suitable, was too small and not warm at all. I shot all the other 31 frames for a few waves caught by kooks. I went out to get a board and let myself surf a few more waves and the aforementioned camera was tied to one of the branches, a lying log. On the one hand, this was not wise, on the other, I thought that in the era of high quality cameras mounted in mobile phones, who would need a shitty, analog, plastic camera. When the waves disappeared completely, I went for the camera.

And yet.

For someone was useful because he wasn’t there. I thought that maybe Mateo, who had left earlier, took him. As it turned out in the parking lot, Mateo did not take him, he did not even know that I left him there. We undressed our rubbers, dressed dry clothes and set off in search of the magic moment recorder. We walked through the beach a few hundred meters in length and breadth, checked the trash bins located on the beach and those located on the promenade. Nothing. Looking for the camera, I hoped that the children playing by the log, which I saw from the water, took the camera with them, and when their parents realized that they had it with them, they would leave it on the beach. The search was unfortunately a failure. Sad because of the lost frames, more than the camera itself, I returned to Poznań. The way back was funny, so my sadness decreased. However, he returned at home when I started to look at other photos from this few days trip.

Uwierzyłem w moc mediów społecznych na literę „f” i opisałem całą historię zaginionego aparaciku. Wierzyłem w to, że może ktoś go jednak znalazł i zabrał i odczyta posta i mi odda chociaż kliszę.

Machina ruszyła.

Udostępniali go znajomi z różnych stron polski. Cała akcja udostępniana trwała 3 dni i doszła do prawie 1000 udostępnień albo i więcej. Dnia trzeciego zadzwonił do mnie nieznany numer. W słuchawce usłyszałem przemiły głos starszej Pani z południowo-zachodniej części Polski. „Dzień dobry, mój syn, który odbierał mnie kilka dni temu z Sanatorium w Kołobrzegu, widział gdzieś w internecie informacje, że poszukuje Pan aparatu. Znalazłam na ostatnim spacerze, pod molo w Kołobrzegu ten aparacik i powiedziałam o tym synowi w drodze do domu. Niech Pan poda swój adres, syn będzie jechał do miasta na pocztę w tygodniu to Panu go odeślę” – powiedziała Pani ze słuchawki.

Zwariowałem!

Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Udało się! Odnalazł się! Taka błahostka. Takie gówno, jak kilka nieudanych zdjęć na kliszy. Ale nie to było wtedy ważne. Ważne dla mnie było, że poszukiwania odniosły sukces, że media społecznościowe dały radę. Zaangażowanie ludzi przy takim nic nie znaczącym problemie jak zaginiony aparacik, było na tyle duże, że kilkoma kliknięciami każdej z osób, odnalazł się, gdzieś u starszej Pani nie posiadającej nawet komputera. Jebana magia. Byłem wdzięczny.

Czego się nauczyłem? Razem można wszystko!

P.S. Listonosz przyniósł aparat. Ktoś go otworzył i większość filmu została prześwietlona. Kurwa!

I believed in the power of social media beginning with the letter „f” and described there the entire history of the missing camera. I was hoping that maybe someone would find him and take him and read the post and give me back the film.

The wheels of this were in motion.

It was shared by friends from various parts of Poland. The whole shared action lasted 3 days and reached almost 1000 shares or more. Doesn’t matter. On the third day he rose from the dead … an unknown number called me. I heard the lovely voice of an old lady from south-west Poland. „Good morning, my son, who picked me up a few days ago from the Sanitarium in Kołobrzeg, somewhere on the internet he saw information that you were looking for a camera. I found this camera on the last walk, under the pier in Kołobrzeg, and told my son about it on the way back home. Give me your address, my son will go to the city to the post office during the week and will send the camera to you.” – Lady said.

I was totally crazy!

I haven’t been so happy for a long time. I found him. Such a triviality. Such a shit, with some failed photos on film. But that wasn’t important then. It was important to me that the search was successful, that social media did that. The involvement of people with such a meaningless problem as a missing camera was so great that with a few clicks of each person, he found himself somewhere in an old lady who did not even have a computer. Fucking magic. I was grateful.

What have i learned? Everything can be done together!

P.S. The postman brought a camera. Someone opened it and most of the film was x-rayed. Fuck!