Poznań Surf Film Festival #2

Tekst: BK
Zdjęcia: Weronika Krawczuk

Piątek 13-go Grudnia nie był pechowym dniem dla Poznania, mimo że duże fale po raz drugi odwiedziły stolicę wielkopolski. Dokładniej rzecz ujmując, zalały poznańskie kino Rialto. O co chodzi z tymi falami? Już tłumaczę, tego właśnie nieszczęśliwego dla zabobonnych, a radosnego dla Poznańskich surferów dnia odbył się w Poznaniu pokaz 3 nagrodzonych podczas listopadowego 2-go Warsaw Surf Film Festival. Stety z powodu wyjazdu na surfing nie mogliśmy uczestniczyć w warszawskiej edycji tego wydarzenia.

Do Poznania dotarły zatem trzy nagrodzone produkcje. Polski film dokumentalny „Welcome To Hel” z 2019 roku, francuski „Vague À L’ame” 
z 2018 i południowoafrykański „Satori” z 2018 roku.

Publika dopisała, nie było może dzikich tłumów, ale jak na surferski festiwal filmowy w mieście nad Wartą było nienajgorzej.


Drzwi sali kinowej otworzyły się o godzinie 19, a na pierwszy ogień na ekran trafił polski dokument „Welcome To Hel”. Za film odpowiedzialni są: Jakub Rosłoniec, Aleksander Szamałek, Anna Skweres i Rafał Chwalczuk. Prace nad tym filmem trwały na półwyspie helskim przez lato 2019 roku. Zupełnie na nic się nie nastawiałem, podchodząc do tego filmu. Nie oglądałem wcześniej trailera, nie czytałem, o czym to będzie. Gdy zgasło w kinie światło i nikt nie złapał mnie za kolano, rozczarowany, swoją uwagę przykułem do ekranu, szukając w tej produkcji jakiejś rozrywki i chyba lekkiego elementu zaskoczenia.

Jaram się bardzo tymi filmami. Ci goście od Big Wave’a to totalni szaleńcy, pewnie na początku mają pełne pianki brązowej, mętnej, wody.

~ Piotr (uczestnik)

Po bardzo marnej graficznie czołówce rodem z telewizji publicznej z 1993 roku, po której zdecydowanie można zechcieć odpuścić sobie ten film, postanowiłem zostać i zobaczyć co będzie działo się dalej. O czym to w ogóle jest? No, o Półwyspie Helskim.
O chyba najciekawszym, surfowym miejscu w Polsce. O ludziach, którzy związali swoje życie z tym miejscem i zostawili miasta, żeby spędzać letni czas na rozległych kempingach ciągnących się na tej pięknej mierzei. Dokument ten przedstawia zarys historii rozwoju sportów surfingowych na półwyspie. Jest serią wywiadów z ludźmi, którzy na przestrzeni lat budowali bazy surfingowe i nadawali temu miejscu klimat mekki sportów wodnych. Cała produkcja została podzielona na 3 części w dużym skrócie, lecz dość wartościowo opowiadające o rozwoju windsurfingu, kitesurfingu
i tradycyjnego surfingu na półwyspie. Czy mnie zaskoczył? Bardzo. 

Brakowało trochę sznytu, chłopaki trochę przeciągali swoje wywiady
i z lekka, czasem zamulali. Można było kilka sekund
to przyspieszyć. Koniec, końców, w całości podobał mi się ten, prawie godzinny ruchomy obrazek o Helu. Już od pierwszych minut widać, że był zrobiony z pomysłem, na luzie, bez zbędnego nadęcia. Czy Ci przypadnie
do gustu? Nie mam pojęcia, zobaczysz, ocenisz. Jak dla mnie warto, tym bardziej, gdy jesteś bywalcem tego niesamowitego zakątka Polski.


Po przerwie, na ekranie pojawiła się Francuska produkcja o Big Wave surferach z 2018 roku pt. „Vague à l’âme” zrealizowanym przez Vincent’a Kardasik’a dla marki Billabong. Pewna znana wyszukiwarka internetowa przetłumaczyła mi ten tytuł jako „Fala dla duszy” albo „Melancholia”. I mocno to tłumaczy zamysł reżysera, który w tym filmie chciał pokazać, co dzieje się w międzyczasie podczas podróży za dużymi falami. Film ten ukazuje walkę wewnętrzną, emocje i samozaparcie surferów: Benjamin’a Sanchis’a, Shane’a Doriana i Jack’a Robinson’a podczas pogoni za prawdziwymi morskimi potworami z Nazaré, Jaws i Mullaghmore.
Film rozpoczyna się i kończy walką z falami w Nazaré w Portugalii. Benjamin Sanchis poświęcił część swojego życia na złapanie tej prawdopodobnie największej fali świata, o mały włos nie ofiarując jej swojego życia. Piękny obraz największych fal świata ujarzmianych przez jednych z najodważniejszych surferów świata, zrealizowany w technologii 4k uzupełniała piękna, idealnie dobrana muzyka skomponowana przez Ryan’a Keena.

Szczerze to nie jestem fanem ogromnych fal, na co dzień nie zdarza mi się w domowym zaciszu oglądać produkcji filmowych o tego typu surfingu. Chyba dlatego, że nie mam odwagi, żeby go uprawiać. Takie 10 metrowe fale naprawdę przerażają mnie. W kinie ma to dla mnie zupełnie inny wymiar. Jestem bezpieczny ale jestem uczestnikiem tego spektaklu. Duże fale wydają się naprawdę duże, siedząc wygodnie w fotelu kinowym nie robię pod siebie, ale czuję respekt dla tego tworu natury, mocy, nabieram pokory. Z każdą sekundą doceniam kawał zajebistej roboty wykonanej przez zespół: surfera, fotografa/kamerzystę
i ratownika na skuterze. I bardzo się ucieszyłem, że trzecim wyświetlanym w pechowy piątek filmem był „Satori”. Reżyserem tego południowoafrykańskiego filmu z 2018 roku jest Rick Wall, bigwave surfer z Kommetjie w Południowej Afryce. Satori to buddyjski termin, który oznacza natychmiastowe przebudzenie i nagłe oświecenie. Zawarł tu historię lokalnych szaleńców, którzy z różnych powodów porywają się na największe fale zwane Dungeons, powstające na rafie przy Kommetjie. 

Rick w Satori przedstawia ludzi, swoich przyjaciół, którzy od lat czerpią przeogromną radość i satysfakcję z pływania na Dungeons. Ta fala wykształciła ich, wyrzeźbiła, wychowała. To w ogromnej mierze dzięki niej są kim są i żyją właśnie w tym miejscu. Obraz jest często uchwycony z wody, jest w czerni i bieli, co miało oddać emocje, które oni odczuwają, kiedy złapią jedną z tych fal i płyną na niej. Są kompletni, spełnieni, są sobą. To uczucie pochodzi głęboko z wnętrza i pozostaje z tobą na zawsze… czyste uniesienie. Za tymi momentami gonią bohaterowie tego filmu, gotowi oddać życie na rafie, na której łamie się ta ogromna fala. Pikanterii dodają pływające przy tej rafie rekiny. Czy warto dla tej chwili ryzykować życie? 

Byłem pod ogromnym wrażeniem tej produkcji od strony obrazu, przedstawionej historii czy muzyki. Nie dziwią mnie więc zupełnie, zdobyte przez ten film nagrody na wielu festiwalach filmowych na całym świecie. To jest jedna z tych produkcji, którą trzeba zobaczyć … tym bardziej na dużym ekranie.

#almostsurferszine #restinprint

Podsumowując PSFF2

  1. Jeden dzień surf festiwalu wystarczy, żeby zarazić ludzi pięknem surfingu.
  2. Brakowało dodatkowych atrakcji, głupich konkursów z nagrodami, prelekcji, szopek z surf szpargałami.
  3. Trzy filmy to za mało, zabrakło jakiegoś typowego bangera pokazywanego w Warszawie, jak „Momentum Generation” albo „Priboi„.
  4. Fajnie zobaczyć znane i nieznane buzie razem.
  5. Satori do zobaczenia tutaj.

Festiwal zorganizowany został przez Warsaw Surf Film Festival Dziękujemy.
Czekamy na kolejną edycję w 2020 roku.